Jak to się zaczęło
Od małego lubiłam robótki ręczne. W podstawówce ciocia zaraziła mnie haftem krzyżykowymi. Przez kilka lat wydziergałam kilkanaście fajnych prac. Oczywiście początkowo był to niewielki kwiatuszek w jednym kolorze na serwetce w kształcie serca. Nadal go mam bo ostatnio moje dzieci dopadły tą pracę. Potem bardziej skomplikowane.
Aby zdobyć wzór musiałam polować z ciocią w kiosku na gazetkę z Haftem Polskim. Raz na kilka miesięcy było wydanie specjalne gdzie można było dostać ciekawy duży wzór jak obrazy Chełmońskiego, Moneta czy Kossaka.
Potem nadeszły czasy kiedy w gazetkach tego typu nie publikowano już takich fajnych rzeczy.
Może tylko mi się tak wydawało bo przerobiłam już masę krzyżyków i apetyt rósł. Pojawił się ogólnodostępny internet a wraz z nim nowe możliwości. Wtedy z wykorzystaniem darmowego programu zaprojektowałam swój pierwszy obraz który wyszyłam. Praca przedstawia wspomnienie z wakacji i chyba wywołuje we mnie najwięcej wspomnień.
To już jednak było. Po ślubie zabrakło czasu.
Po urodzeniu dziecka pojawiła się potrzeba przeróbek krawieckich i pomimo, że haft krzyżykowy szedł mi rewelacyjnie to szycie czy nawet samo cerowanie kulało. Zaczęłam od ręcznego zwężania i skracania spodni. Gdy tych przeróbek w odzieży dziecięcej pojawiało się coraz więcej zakupiłam sobie maszynę do szycia w Lidlu. A skoro jest już maszyna to czemu nie wykorzystać jej do czegoś więcej jak skracania spodni.
Jestem
raczej z tych co nie lubią inwestować gdy nie mają pewności, że mi się
to spodoba więc najpierw coś z niczego a więc torba najpierw jedna do
wózka przyznam, że mimo, że nie była idealna to uwielbiałam ją. To była
pierwsza rzecz jaką uszyłam na maszynie od początku do końca i nosiłam
publicznie. Od tamtej pory nie kupiłam żadnej torebki.
Po
pierwszej torebce odważyłam się przerobić jakiś swój stary ciuch na
sukieneczkę dla młodej. Wyszła strasznie. Pierwsza nieudana lamówka i
wykrój - błąd każdego początkującego odrysowanie od innego ubranka.
Gdy niepowodzenia przy detalach zniechęciły mnie do maszyny zaczęłam się zastanawiać co teraz. Pomyślałam sobie, że w prawdzie nie lubiłam szydełka bo to się wyciągało, zawijało itd. Doszłam jednak do wniosku, że jakieś tam szydełko nie pokona mnie. Jak to ja nie dam redy? Znalazłam na YT filmik instruktażowy na bombkę i ... tak wydziergałam kilka. Potem mając sporo starych pomarańczowych nici doszłam do wniosku że kolor nie mój więc do noszenia się nie nada ale na trening jak najbardziej.
Wybrałam najprostszy wzór jakim jest mech i popłynęłam. Coś co miało nie ujrzeć światła dziennego służy mi jako okrycie na chłodniejsze dni.
Zaczęłam wyszukiwać po internecie nowe wzory ale większość jak się okazuje jest na druty. Nie mam tu na myśli chust. Ja swoją uwagę kieruję na użytkowe rzeczy i moją uwagę przykuwają czapki, szaliki, ciepłe sweterki czy ostatnio ocieplacze na nogi. Większość na druty.
No to co? Czas przyszedł na druty. Jeśli chodzi o szydełko to miałam jako takie pojęcie co i jak. Wiedziałam co to jest słupek, relief, oczko i tak dalej to w drutach kompletnie nic. Kiedyś może ktoś mi pokazał jak nabierać oczka, ale reszta? Jedyne co wiedziałam to że są oczka prawe i lewe. Koniec mojej wiedzy.
Pierwszy tydzień poświęciłam na filmiki instruktażowe z YT. Zapoznałam się z metodami rozpoczynania robótki, technikami przerabiania prawych i lewych oczek, bo okazało się że jest ich więcej niż jedna, po zamykanie pracy. Czym więcej oglądałam bym wydawało mi się to coraz prostsze.
Chciałabym.
Po tygodniu gdy postanowiłam, że zacznę od czegoś banalnego czyli
czapki ze ściągacza rozpoczęłam trening i .... Jak to się te oczka
nabierało? Było takie proste a teraz nie wiem, górą czy dołem
przeciągnąć. Musiałam zacząć od początku. Oglądać i robić.
Haaa Draństwo ucieka z drutu, prawe oczko wygląda jak lewe przez co ciągle mi się myli co teraz robię. Prułam już z 10 razy. Próbowałam na drutach z żyłką, zwykłych, większych i mniejszych. Na razie ćwiczę na prostych bo z żyłką druty jakie posiadam są okropne więc postanowiłam nie utrudniać sobie nauki.
Nadal jestem na etapie prawych i lewych oczek, wczoraj zorientowałam się, że kilka rzędów wcześniej zgubiłam oczko. Myślałam, że ze skóry wyskoczę. Patrząc na to ile zrobiłam nie chcę pruć bo się już całkowicie zniechęcę podszyję je i zobaczymy czy się będzie rzucało w oczy. Złapałam uciekiniera agrafką, dołożyłam jedno oczko aby się sztuki zgadzały i jadę dalej.
Zniechęcające jest
to, że robię i robię a czapki prawie nie przybywa. Na szydełku w niecały
tydzień zrobiłam czapeczkę dla córci a na drutach to jak wieczność.
Wiem, że to początek bo szydełkowałam już kilka lat a drutami robię od
trzech tygodni ... No, ale druty mnie nie pokonają. Pytanie czy jak je
opanuje to czy je pokocham.
Komentarze
Prześlij komentarz