Ocet jabłkowy

Ocet jabłkowy ma wiele różnych zastosowań. Osobiście pijam go rano na czczo oraz robię sobie na jego bazie maseczki i płukanki do włosów.

W całej mojej przygodzie z octem tylko raz dokonałam jego zakupu. Przeglądając wszelkie treści w internecie na jego temat uznałam, że zrobienie octu samodzielnie będzie lepszym rozwiązaniem. Po pierwsze mam pewność, że jabłka nie są pryskane, doskonale będę znała skład produktu, jakość własnego wyrobu również na plus no i cena  niebotycznie niższa bo przecież jabłka za darmo, jedynie woda i cukier, ale to zawsze jest w domu.

Zanim dokończyłam moją pierwszą i jedyną zakupioną buteleczkę octu zapoznałam się z filmikami instruktażowymi na YT, wypośrodkowałam sobie zdobytą wiedzę, zaopatrzyłam w niepryskane jabłka i wzięłam się do roboty.

Jak większość nowicjuszy rzetelnie, codziennie, wyparzoną drewnianą łyżką, mieszałam, zaglądałam i z każdym dniem coraz bardziej się denerwowałam, bo przecież wszyscy mówili, że trzy, cztery tygodnie i ocet będzie gotowy a mój jakby ... nie do końca pachnie octem. Zdenerwowana, ale i zdeterminowana nie widząc żadnej pleśni w słoiku czekałam cierpliwie ... aż się doczekałam. 

Był delikatniejszy od tego ze sklepu, ale czuć było ocet. Przecedziłam owoce, ale jeszcze pozostawiłam substancję w słoju. Dopiero po upływie kolejnych dwóch tygodni przelałam do butelek. Nie będę ukrywała, że pierwsze łyki własnego wyrobu robiłam ostrożnie. Nie ma co, nie do końca byłam pewna, że mi wyszło a nie chciałam się zatruć.

Z czasem smak zaczął się wyostrzań i już miałam pewność, że to jest to. 

W kolejnym roku poszło mi już znacznie szybciej. Może jabłka były dojrzalsze, może słoik stał w cieplejszym pomieszczeniu, albo oba te czynniki jednocześnie. Pewne było to, że już w zaledwie trzy tygodnie ocet był wyczuwalny a po czterech znalazł się już w butelkach. Wyrobu miało mi starczyć na cały rok jednak na moje nieszczęście moi domownicy potłukli moją ostatnią butelkę i wczesnym latem w popłochu szukałam niepryskanych jabłek bo nie posiadam ich osobiście. 

Poratował mnie kolega z pracy. Przywiózł mi jeszcze niedojrzałe jabłka. Takie kwaśne, że nie dało się ich jeść. Desperacja moja była jednak ogromna więc postanowiłam  zaryzykować i zrobić pół słoika tak na przetrwanie do czasu gdy będę miała dostęp do dojrzałych okazów.

Ku mojemu zaskoczeniu ocet wyszedł i przyznam, że tak samo smaczny jak z dojrzałych owoców. Przy robieniu dałam odrobinę więcej cukru.

Wczoraj po kilku tygodniowych poszukiwaniach jabłek (w tym roku wszystkim moim znajomym jabłonie pochorowały się i nie było owoców) postawiłam kolejną porcję octu.


Jak robię ocet? 

Jabłka myję, wydrążam z pestek (wiem, że część osób robi z obierek i ogryzków, ale ja gdzieś wyczytałam, że pestki należy usuwać, jabłek dostaję jedynie tyle co na ocet więc z samych obierków było by za mało tego), kroję na dowolnej wielkości kawałki, raczej małe. Słoik wyparzam wrzątkiem, do dzbanka wlewam przegotowaną wodę. Dodaję do niej cukier w proporcji 1 łyżka na 1 litr wody. Gdy wszystko wystygnie zalewam umieszczone w słoiku owoce. 

Teraz już pozostaje tylko przykrycie jakąś tkaniną. U mnie jest to kuchenna lniana ścierka. Pamiętać należy, aby nie zakręcać szczelnie słoika. Przykrywamy po to aby nie wpadło do niech jakieś robactwo. Odstawiamy w ciepłe miejsce pamiętając, aby nie stało na słońcu.

Na początku mieszam codziennie lub co drugi dzień wyparzoną drewnianą łyżką. Z czasem gdy owoce opadną na dno co trzy, cztery dni. Przed zamieszaniem oglądam dokładnie roztwór czy przypadkiem nie pojawiła się na nim pleść bo to dyskwalifikuje ocet.



Komentarze